Muzyka nie zna granic

Pod takim tytułem w niemieckiej prasie ukazały się artykuły opisujące Międzynarodowy Festiwal Chórów Dziecięcych, zorganizowany z okazji obchodów 35 – lecia chóru prowadzonego przez Hansa-Dietera i Barbarę Lubrich. Około dwustu młodych wykonawców z Europy gościło w domach rodzin mieszkających w Söhlde – gminie w Dolnej Saksonii, liczącej prawie 8 tys. mieszkańców. Kolejny raz muzycy udowodnili, że międzynarodowe porozumienie jest możliwe nawet bez znajomości języków obcych (co nie oznacza, że nie należy się ich uczyć!), a językiem zrozumiałym dla wszystkich uczestników Festiwalu stała się muzyka. 

Niemiecki w pigułce

Wyjechaliśmy 17 października rano. Już w autobusie miała miejsce intensywna lekcja języka niemieckiego, prowadzona przez panią Anię Karwat. Obowiązkowe zaliczenia obejmowały zakres podstawowy: nazywam się… mieszkam… jestem głodny… pomocy… Z tej pomocy wyszło tyle, że podczas przerwy pani Danusia próbnie porywała małe dzieci, które musiały dosyć donośnie krzyknąć „HILFE!”. Gdy któreś nieśmiało bąknęło coś pod nosem, było porywane jeszcze raz, i kolejny… aż do skutku. Zwróciło to uwagę kilku Niemców, ale zabawa była przednia. Za to później – w rodzinach – wzbudziliśmy wielki zachwyt, co poskutkowało tym, że rodziny chętnie uczyły się polskich zwrotów i stosowały je naprzemiennie z niemieckimi.

Życie koncertowe

NiemcyNa pierwszym koncercie w szkole widownię tworzyły dzieci w wieku poniżej 15 lat. Naszą uwagę przykuły plakaty przedstawiające instrumenty, nuty, skale i znaki muzyczne. Była także tablica ze zdjęciami i podpisami instrumentów dawnych. To niesamowite, jak wielką wagę Niemcy przywiązują do muzyki i jak chętnie się jej uczą. Tutaj nie ma bezrobotnych nauczycieli muzyki – wręcz przeciwnie, stale potrzebują muzyków a i pensja jest dosyć wysoka – tylko pozazdrościć. Dzieci ciekawie obserwowały przedstawiane przez nas instrumenty, odbyła się nawet krótka prezentacja poszczególnych rodzin (flety, cornamusy, krumhorny, szałamaje, fidele itp.). Na kolejnym koncercie w kościele pod wezwaniem św. Michała w Dingelbe występowały wszystkie Niemcy4zespoły. Choć warunki były nieco trudne (ołtarz stojący na środku uniemożliwiał swobodne tańczenie i poruszanie się po scenie) udało nam się zainteresować publiczność swoim repertuarem. Po ostatnim utworze, czyli 6 tańcu, w ramach podziękowania otrzymaliśmy (nieskromnie mówiąc) największe brawa i dodatkowo „przytupy” + „ryki”. Na widowni były także nasze rodziny i to właśnie ich oklaski sprawiły nam największą przyjemność.

Życie imprezowe

Podczas organizowanych dyskotek mieliśmy okazję poznać członków innych chórów i dzieci rodzin, u których mieszkaliśmy. Nauczyciele, tzw. „Klub Dyrygenta” zostali zaproszeni do specjalnego pomieszczenia, natomiast młodzież bawiła się razem, przy dobrej, lub mniej dobrej muzyce. Tańce integracyjne, kółeczka, sprite, coca-cola (jak się później okazało przedawkowanie tej ostatniej było powodem nagłej choroby jednego z członków Zespołu 😉 ).

Muzyka jest moim życiem

Music is my life – to proste zdanie pełniło rolę motta Festiwalu i towarzyszyło nam przez pięć dni pobytu w Niemczech. Te same słowa rozpoczęły koncert finałowy. Podczas uroczystej przemowy Hans-Dieter Lubrich wyjaśnił, że w krajach bałtyckich muzyka jest eliksirem życia a kultura śpiewu cieszy się wysokim uznaniem. Podkreślił też, że chórzyści śpiewają całym sercem. Co do drugiego zdania na pewno się nie pomylił.

Agnieszka Szwajgier

Dziękujemy Paulinie Wnuk i Magdzie Zagańczyk za użyczenie fachowych fotografii 🙂