Nasz Szef doktorem!

Dzisiejszego dnia (25 czerwca) dokładnie o godzinie 11:00 w Auli Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego rozpoczęły się uroczystości związane z przyznaniem stopni naukowych i wręczeniem dyplomów doktorom, doktorom habilitowanym oraz profesorom.

Poniżej prezentujemy galerię i wywiad z panem Witoldem Danielewiczem, który wreszcie może odetchnąć po półtorarocznej pracy. Nasz Szef otrzymał tytuł Doktora Nauk Humanistycznych.

Jesteśmy dumni i GRATULUJEMY!

 

Wywiad z panem Witoldem Danielewiczem

 

Wszyscy wiemy, że jest Pan bardzo aktywną osobą, jednak proszę nam powiedzieć, co skłoniło Pana do podjęcia takiego wyzwania, jakim jest „obrona” doktoratu?

Mój przyjaciel – profesor na KULu – zachęcił mnie w sposób „bardzo intensywny” przedstawiając mi procedurę pisania i obrony doktoratu, o wiele łatwiej i prościej niż miało to miejsce w rzeczywistości. Z punktu widzenia psychologii było to bardzo sprytne podejście, znakomicie nacelowane na ludzką niechęć do pracy. Zachęcony tym optymistycznym początkiem, zabrałem się więc ochoczo do pracy, która z każdym dniem stawała się coraz trudniejsza.

Jak przedstawiały się te trudności?

Okazało się, że robienie doktoratu na innym wydziale, niż mój macierzysty (robiłem magisterium w Instytucie Muzykologii KUL) wymaga zaliczenia egzaminów obowiązujących każdego studenta studiów dziennych, czyli krótko mówiąc całości materiału obowiązującego na wydziale nauk społecznych i w Instytucie Pedagogiki. Początkowo mój promotor powiadomił mnie jedynie o trzech egzaminach, tzw. „kobyłach”, czyli, ekonomia, historia wychowania i myśli pedagogicznej i psychologia. Egzaminy te po ostrej „nauce własnej” zdałem na trzy piątki. Po zaliczeniu, mając nadzieję, że były to ostatnie egzaminy przed obroną doktoratu, dowiedziałem się, że czekają mnie jeszcze trzy, tzw. „doktorskie” – język obcy (angielski), filozofia, pedagogika (dwa razy 4+ i 5). Po tych egzaminach pozostawał jeszcze do zdania ten główny, czyli „obrona rozprawy doktorskiej”.

Dla wielu ludzi wystąpienia przed publicznością wiążą się ze sporym stresem. Pan jednak nie ma tego problemu. Jak wyglądała obrona w wykonaniu Witolda Danielewicza?

W dniu „obrony” stawiłem się dość wcześnie rano na Uniwersytet, po czym przydzielono mi odpowiednią salę i rozpocząłem poszukiwanie rzutnika, z którego mogłem wyświetlać prezentację tez zawartych w rozprawie. Punktualnie o godzinie 11:00 zebrało się dziewięcioosobowa komisja egzaminacyjna, przed którą musiałem obronić całość prezentowanych obserwacji. Po półtoragodzinnym egzaminie, podczas którego swe recenzje odczytywali recenzenci, przeprowadziłem dowód na prezentowane tezy. Moje wystąpienie spotkało się z bardzo pozytywnym odbiorem komisji, która po kilkunastominutowej naradzie wezwała mnie z powrotem na salę i oznajmiła mi swój werdykt.

Inaczej być nie mogło. Jest już po wszystkim. Czy jednak – wiedząc już, na czym polega robienie doktoratu, podjąłby się Pan ponownie takiej pracy?
Chyba nie…

Na koniec proszę powiedzieć, jakimi cechami powinien odznaczać się przyszły doktor?
Rzetelnością naukową, autodyscypliną, cierpliwością i przede wszystkim umiłowaniem swojej dziedziny nauki.