Muzyczny Etos

WICIE GNIAZDA

Zaczyna się zawsze o tej samej porze roku. Od kilku lat państwo Danielewiczowie wespół z nauczycielkami OPP na początku roku szkolnego organizują „łapanki” w szkołach. „Narybek” do ptaszarni wybierany jest podczas audycji muzycznych organizowanych w okolicznych szkołach. Zgromadzeni uczniowie obserwują prezentację zespołowego instrumentarium i uczą się prostej, jednogłosowej piosenki. Każde dziecko zostaje przesłuchane i ocenione w pięciopunktowej skali. Dzieci z najwyższą liczbą punktów otrzymują „telegram” do rodziców z informacją o muzycznych uzdolnieniach pociechy. Decyzja o tym, czy dziecko zjawi się w gnieździe zespołu (na Młodzieżowej), by spróbować swoich sił w śpiewaniu zależy od rodziców.

PRÓBY

Orka w „Katowni dużej” lub „małej”. Próbę oznajmiał gwizd pana Witka i krzyk „LUDZIE, PRÓBA”! A potem stała śpiewka, czyli mozolna praca. Codzienne próby, próby, próby… i jeszcze raz próby. Próba w ustach pana Witka powtórzona po trzykroć oznaczała cztery godziny śpiewania tygodniowo, czterdzieści pięć minut gry na instrumencie (a nierzadko kilku), rytmikę, naukę języka obcego. A przed wyjazdem…. Dawniej, kiedy pan Witek popijał podczas próby coca-colę (dziś odstręcza wszystkich zaklęciem: „Ludzie nie pijcie tego syfu”), albo łykał kilka kaw dziennie, próba zaczynała się komendą „ No, to lecimy!”. Dzieci „leciały” program od początku do końca, a pan Witek popijał i notował. Kończył się program (zwykle godzinny), dzieci siadały zmęczone na podłodze i zaczynało się. Bacha dała syfa w „Dworskim”, Kacha coś „pieprzyła” w czwartym „Renesansowym”, a Be wygrywała jakieś herezje w „Pavanie”. „Wyróżnione” przez pana Danielewicza artystki wiedziały, że drugi raz „te numery nie przejdą”. Chwila odsapu i pan Witek zarządza „od naczała”. Jeśli była to próba estradowa (z uśmiechami) i bezbłędnym graniem, leciało się do pierwszego błędu. Fałsz, złe wejście, czy pomyłka akrobatki oznaczała jedno: „ Stop. Lecimy od początku”. Pan był niezmordowany – w przeciwieństwie do dzieci. Pół biedy, jeśli ktoś machnął się na początku. Nerwy puszczały po pięćdziesięciu minutach bezbłędnej muzyki, gdy jakaś „oślica” zapomniała, że każde „a” na krumhornie sopranowym ma podbić brzuchem, bo inaczej jest „syf”. Pan Witek wypijał kawę i ze stoickim spokojem rzucał komendę „no to od początku”. Jeśli jeszcze raz nie wychodziło w szklance błyskawicznie kończyła się kawa, a wraz z nią… cierpliwość pana Witka.

– Z TAKIM SYFEM TO MOŻECIE JECHAĆ DO ORPELOWA ALBO PCIMIA DOLNEGO! – grzmiał. Wtedy na próbę wpadała pani Danusia i pytała co się stało, choć doskonale wiedziała, co usłyszy:

– NIE RUSZYCIE SIĘ STĄD NA KROK, DOPÓKI NIE ZAGRACIE TEGO NA 140 PROCENT!!!

Wszyscy wiedzieli, że NA PRÓBIE MUSICIE ZAGRAĆ CO NAJMNIEJ NA 140 PROCENT, ŻEBY NA ESTRADZIE ZAGRAĆ NA STO!!!

I grali.

Tak było przed każdym wyjazdem, konkursem i festiwalem. Dziś jest inaczej. Dzieci nie mają pojęcia o Pcimiu Dolnym czy Orpelowie. – Są bardziej wszechstronne – twierdzi pani Danusia.

KALENDARZ KONCERTÓW

Na rocznym „rozkładzie jazdy” zespołu są dwa rodzaje imprez – okazjonalne i cykliczne. Do worka z napisem „niestałe” wrzucamy jednorazowe, okazjonalne koncerty oraz wyjazdy zagraniczne, które zawsze są niespodzianką dla dzieci. Na mapie imprez jest mnóstwo wysp oznaczonych jako stałe, niezmienne i powracające falą (każdego roku)…

ZIMA

Dźwięczy pastorałką. Od kilku lat kolędowanie w zespole rozpoczyna się już w październiku. Trzyletnia tradycja kolędowego show wymaga „orki” na długo przed sezonem. Odkąd zespół kolęduje w Filharmonii Narodowej „Kolędy i pastorałki” stały się ogromnym przedsięwzięciem, które wymaga nie tylko synchronizacji poczynań dwustu dzieci na scenie, lecz także całej armii rodziców (ku pomocy). Praca nad repertuarem to działka dzieci i nauczycieli. Oprócz przygotowania muzycznego dochodzą również zajęcia choreograficzno-taneczne dla stada dwudziestu aniołów, które przechodzą błyskawiczny kurs dla „aniołowatych”, by, w zależności od talentu, awansować z pospolitego anioła na roztańczonego cherubina, czy zasłuchanego w „muzykę sfer” serafina. Pielęgnacją i konserwacją anielskich skrzydeł zajmują się rodzice. Całymi wieczorami wycinają stelaże skrzydeł, które następnie obciągają tiulem i ozdabiają maczanym w farbie emulsyjnej i malowanym złotym sprayem sznurem styropianowych kulek. Łańcuszki ze styropianu są tak kruche i nietrwałe, że każdego roku muszą być preparowane od nowa, mimo, że skrzydła przez cały rok „odpoczywają” w tekturowych pudłach, przełożone kartkami pergaminu, by się nie kruszyły i nie sklejały. Podczas wyjmowania z pudeł z anielskich skrzydeł obsypują się niezwykle delikatne dżety i cekiny, które trzeba mozolnie i pieczołowicie na powrót przyklejać. Rodzice są niezbędni również podczas koncertu. Nic dziwnego, że jadą do Warszawy wraz z dziećmi. Siedem autokarów poniatowskich kolędników to wyzwanie nie lada. Ale całe przedsięwzięcie warte jest …grzechu i zachodu.

Opłatek zespołowy

To tradycja, kontynuowana od 1987 roku. Zwykle odbywa się w drugi dzień świąt i jest spotkaniem teraźniejszości z przeszłością. Aktualni członkowie zespołu składają sobie życzenia z „eksami” (zwanymi przez pana Witka pieszczotliwie „staruchami”), przyglądając się z bliska historii zespołu. W czasie opłatka muzyka nie ma granic – zlatujące się (…) „Szczygiełki” i „Scholaresy” mają wpisane w paszportach obywatelstwo austriackie czy niemieckie. Przełom stycznia i lutego to czas chórowisk.

Ostatnio mieliśmy okazję przebywać ze sobą dłużej, bo przez cały okres ferii. Taka zaprawa na pewno przydała się dzieciom przed wyjazdem do Kalisza.

Ferie zimowe to „ruchome święto” – jak u Hemingwaya. Wszystko zależy od fantazji i widzimisię ministerstwa. Wszystko – poza pogodą. Chórowiska, stały element kalendarzowego krajobrazu, ruszyły z kopyta w latach osiemdziesiątych, by w 1984 stanąć na popas w Kopytowej.

– To był horror – niechętnie wspomina pani Danusia. Nie było co jeść, nocowaliśmy w szkole. Warunki spartańskie (z całym szacunkiem dla Sparty). Od połowy lat osiemdziesiątych kwaterą główną „Szczygiełków” w sezonie zimowym była Szkoła Chemiczna w Lublinie. Ośmioosobowe pokoje z szafkami nocnymi pachnącymi lekarstwami, starymi jak świat tapczanami i ogromna stołówka, która między posiłkami zamieniała się w salę prób, a wieczorem w lazaret. Kolejka odzianych w pidżamy pacjentów pani Danusi, robiących małpie miny nad musującymi złowrogo w wyszczerbionych, beżowych kubkach tabletkami emskimi, odstraszała wszystkich tych, którzy niezwłocznie przestawali czuć się śmiertelnie chorzy. Ci, którzy nie zdążyli cudownie ozdrowieć przed wypiciem emskiego panaceum, robili to najpóźniej następnego dnia. Pani Danusia do dziś aplikuje obrzydliwe piguły na wszelakie gardłowe sprawy – zawsze, o zgrozo, z dobrym skutkiem!

Po roku 1988 chórowiska przeniosły się do Domu Muzyki w Kraczewicach (do 2009 roku). Od tego momentu zajęcia chóralne odbywały się w sali koncertowej, rytmika w sali baletowej, posiłki w przytulnej jadalni z długim jak stonoga stołem, a pastylki „emskie” leżakują w apteczce, bo kotłownia w pałacu grzeje ile wlezie.

WIOSNA

Od czterech lat witana jest popisami najzdolniejszych instrumentalistów podczas marcowych Koncertów na przedwiośniu. Stypendyści stowarzyszenia „Musica Antiqua” są tak zdolni, że wygrywają na swych instrumentach nie tylko stypendia, lecz także walkę z zimą, którą szlag trafia niezawodnie. Na zespołowym zegarze wybija pachnąca bzem godzina. Czas na Koncert wiosenny z nieśmiertelną „Wiosną” i cieplej wiejącym wiatrem „Skaldów”. Jeszcze chwila i…. na gałęziach kasztanowca zapienią się pachnące maturą kwiaty (jeśli szrotówek kasztanowcowiaczek nie zdąży się obudzić, by je zeżreć). Zeżre, czy nie, Poniatowa Concertans odbędzie się na pewno…

a przynajmniej odbyła się po raz pierwszy w 2000 r. W kolejnych czterech latach przeniesiony z powodu matur konkurs odbywał się w ostatnią sobotę kwietnia. Gdy uporano się z egzaminem dojrzałości, ministerstwo dojrzało do decyzji, by w końcu kwietnia urządzić testy gimnazjalne. W 2005

testy się odbyły, a Poniatowa Concertans nie. W przyszłości muzyczne zmagania w jednej z czterech kategorii planowane są na jesień. Będzie w czym wybierać – ci, którzy lubią imprezy kameralne zaprezentują się w kraczewickiej sali koncertowej w pierwszej kategorii obejmującej

duety i tria, albo w drugiej stworzonej z myślą o „zespołach do 9 osób.” W tym czasie w auli poniatowskiego gimnazjum zespoły instrumentalne przekraczające liczebnością dziewięciu muzyków oraz orkiestry powalczą o Grand Prix, Złote Klucze, albo Puchar Kuratora.

Każdej wiosny instrumentaliści wychodzą w „plener”, by malować Muzyczne portrety kompozytorów

renesansu i baroku. Efekty ich pracy można obejrzeć oczyma wyobraźni, słuchając przygotowanych przez uczniów utworów, okraszonych opowieścią o życiu Pepuscha, Telemanna, czy Purcella.

LATO

Dzień Matki

Ostatni, niezwykle huczny Dzień Matki z eks-członkiniami zespołu w roli mam obchodzono w 2005. Było tak, jak 26 maja 76, w dniu, gdy zaprosiliśmy nasze kochane mamusie na koncert. Nie było „amazing grace” (cokolwiek angielskiego kronikarz ukrył pod tą nazwą), ani „Dla ciebie mamo”, ale zabrzmiał, śpiewany przez całą salę hit „Mama, Mutti, Mamasza”. Laurki i prezenty przygotowane przez dzieci w 1976 zastąpiły żywe laurki trzymane w objęciach mam.

Dzień dziecka

Przestał być aktualny. Od lat dziewięćdziesiątych młodzież wyrosła z dziecięcości i nie świętuje pierwszego czerwca. Drzewiej w repertuarze koncertu dominowały „słoniówy”. Przez scenę kariolką pędził „Nosorożec”, człapał „Wodochlap” i paradował „Słoń różowy” jak poziomkowy krem. „Słoń Różowy” tak się rozpędził, że zawędrował do czerwcowego koncertu z cyklu Lato, lato organizowanego ku chwale wakacji. Poczuł się jak w składzie porcelany, bo za sąsiada, zamiast nosorożca ma teraz „Płomienie” i „Słońce”. Ale radzi sobie i idzie „Wciąż przed siebie”, „Gdy świat zapachnie wakacjami”.

Zakończenie roku chóralnego

Aromat wakacji dociera u schyłku czerwca również do Domu Muzyki w Kraczewicach (do 2009 r). Znakiem końca roku chóralnego są stosy segregatorów, teczek i słomkowych kapeluszy ofiarowywane w nagrodę za wybitne osiągnięcia w grze na instrumencie, działalność koncertową, czy stuprocentową frekwencję. „Osiemnastki” tradycyjnie otrzymują pół kilograma „Kuchni polskiej”.

Po wręczeniu nagród rodzice i dzieci piknikują w cieniu płóciennych namiotów rozstawionych w kraczewickim parku. Można spróbować ciast domowego wypieku (takiego „jak u mamy” – jeśli trafi się na to, które upiekła własna), sałatek, pieczonych kiełbasek oraz ciasta drożdżowego pieczonego na kiju, którego przepis zespół przywiózł z byłego NRD.

JESIEŃ

Zwiastuje koncert z cyklu „Burmistrz zaprasza” zatytułowany Pożegnanie lata. Repertuar bywa różny: Raz na ludowo, innym razem standardowo – w jednej chwili „Wszędzie jesień liście gubi”, w kolejnej „Spada listek topoli powoli”, a dookoła „Jesienne mgły, skwita aster krzew i dziwnym smutkiem wieje z szarych ról uuuuuuuuuuuuu”. Zanim „swawolne ptaszę [„Szczygiełkiem” zwane – przyp. red.] umilknie”

zaśpiewa jeszcze 11 listopada, wespół z rozrzewnioną publicznością Pieśni ojców naszych. Na koncercie nie zabraknie „Dziadka”, w którego wcieli się jeden z rodziców, a „Rotę” cała sala,

zmobilizowana przez panią Danusię, odśpiewa na baczność.

JUBILEUSZE

To odrębny rozdział w życiu zespołów. Obchodzone od dwudziestu lat, według specjalnej, jubileuszowej partytury. Ostatni tydzień lipca 1988 przebiega w Poniatowej pod znakiem obchodów X lecia zespołu „Scholares”….. Wysoka temperatura za oknem kraczewickiej jadalni dorównuje panującej wewnątrz gorączce przygotowań. W pałacowej kuchni wre jak w ulu. Podobnie jest w kilku innych miejscach: w poniatowskiej siedzibie „Szczygiełków” na Młodzieżowej, w MGOK-u, oraz Klubie Rolnika w Kraczewicach. Szaleństwo jubileuszowych przygotowań ogarnie zespół jeszcze trzykrotnie, gdy będą świętować dwudziestolecie, a potem dwudziestopięciolecie i, jak w mijającym roku, trzydziestolecie. Jubileuszowy ceremoniał zdążył przez te lata nabrać rumieńców i rozwinął szczygiełkowi skrzydła. Zwiastunem zbliżających się uroczystości są samochody z zagraniczną rejestracją, którymi zjeżdżają z najdalszych zakątków muzycznego świata byłe „Szczygiełki” i całe stada znajomych i sympatyków zespołu. Gości z zagranicy, mijających wypucowane do połysku domostwa Poniatowian witają bukiecikami kwiatów „Scholaresy”. Zaproszeni zlatują się zwykle przez dwa dni. Czas wypełniają wycieczki po okolicach Poniatowej. Ci, którzy nad wypady za miasto przedkładają święty spokój, kryją się w cieniu parkowych drzew. Najodważniejsi, nie bacząc na muł i wodę nie pierwszej (nie drugiej, a kto wie czy choćby trzeciej) czystości wsiadają na rowerki wodne, albo wypożyczają kajaki, by popływać po wodach zalewu w Poniatowej. Tymczasem w kuchni pałacu w Kraczewicach uwijają się stada kucharek, kuchcików i podkuchennych. W (przywiezionych niedawno z Brześcia) garnkach, gęsiarkach i kotłach coś wrze, paruje i bulgocze. Pomagają rodzice i członkowie zespołu według opracowanego wcześniej harmonogramu dyżurów. W niedzielny wieczór przy stole na kolacji zasiadają już licznie przybyli goście z różnych krajów: Francji, Wielkiej Brytanii, RFN (a wkrótce Niemiec), Japonii, Holandii. Wszyscy są długoletnimi przyjaciółmi zespołu i organizatorami tournee artystyczne „Scholares” w swoich krajach, toteż jest co wspominać. Wstaje nowy dzień. I przyjeżdżają kolejni goście. Chóry z angielskiego Harrogate, niemieckiego Halle, czeskiego Pilzna czy orkiestra z Gross-Siegharts. Dzieci z Poniatowej witają wszystkich równie gorąco – zwyczajową piosenką na schodach szkoły. Potem parcelacja od rodzin. Każde dziecko podchodzi do swojego gościa z bukiecikiem kwiatów i serduszkiem z wypisanym imieniem i nazwiskiem, które zawiesza na szyi. Plac pod szkołą powoli pustoszeje. Następnego dnia już od 9.00 gwar pod szkołą. „Scholaresy” w strojach kłębią się w tłumie innych zespołów. Za chwilę barwny korowód wszystkich uczestników jubileuszu ruszy ulicami Poniatowej. W 1988 podczas parady rej (nie mylić „e” z „y”) wodzi „gadający samochód”, z którego megafonów, umieszczonych na dachu, dobiega ryk jakiejś pani opowiadającej o programie uroczystości. Stąd także popłynie muzyka dla tańczących „Scholaresów”. Tłum przebierańców przeleje się ulicami: Szkolną i Pierwszego Maja, by na Młodzieżowej przystanąć dla odtańczenia kilku historycznych pląsów. Nieznośny upał, aksamitne kostiumy parują, a ich właściciele uśmiechają się, jakby nigdy nic. Korowód rusza dalej. Na placu przy ulicy Brzozowej naczelnik Saba uroczyście przekaże klucze do poniatowskiego „raju” „Scholaresom”. Dzieci dokazywać będą za biurkami urzędu miasta tylko w roku 1988. W kolejnych dniach atrakcji również nie zabraknie. Widok wozu drabiniastego na podjeździe kracze wickiego pałacu to znak, że na pobliskim polu rozpoczyna się właśnie obrzęd żniwny z przyśpiewkami. Uczestnicy rustykalnych plenerów uczą się ścinać zboże sierpem, wiązać snopy, doić „pancerną” krowę, by napić się mleka prosto od.. niej samej. Dalszy ciąg imprezy przenosi się pod wieczór do kraczewickiego Klubu Rolnika, gdzie zabawa, przy wtórze kapeli ludowej, trwa do białego rana. Dym nad Gminną Spółdzielnią w Poniatowej wcale nie oznacza pożaru. Na pobliskiej polanie, „za działkami” znaki dymne informują, że właśnie „płonie ognisko w lesie”. Zapach pieczonej kiełbasy, syk kapiącego w ognisko soku z jabłek i przypieczone na rożnie pyski dwóch prosiaków dowodzą, jak przednio bawią się uczestnicy. Po kilku godzinach „ogniska już dogasa blask” i zespołowi pieczeniarze rozchodzą się do domów. Jutro koncert galowy. Od wczesnych godzin rannych w auli szkolnej gwarno. Dobiegają końca prace przy dekoracji sali. Alergicy mają kłopoty – aula tonie w kwiatach. Stado kolorowych, styropianowych ptaków szybuje pod sufitem. „Scholares”, albo „Szczygiełki” – w zależności o którym jubileuszu mowa – w blokach startowych. Próba generalna i kostiumowa. Sala zaczyna się zapełniać. Wchodzą tylko szczęśliwcy z zaproszeniami – „nieupoważnionym wstęp wzbroniony” – aula szkoły niestety, nie jest rozciągliwa. Start. Koncert nigdy nie wypada fałszywie, choć ma dwa oblicza – młodsze, emanujące młodością i świeżością aktualnych zespołów i to drugie – „dojrzalsze”, acz równie radosne, właściwe starej gwardii. Koncert zwykle rozpoczyna młodzież, po której z prawdziwym show występują wiecznie młodzi byli. Finał, w przypadku jubileuszu „Scholares” wieńczy utwór „Echo” w wykonaniu eksów. Pogłosem śpiewów starszaków jest młodsze metrykalnie echo obecnych członków zespołu. Po koncercie Jarmark Cudów w Kaczewicach. Na straganach towar deficytowy – całus od wytypowanej z zespołu białogłowy (cokolwiek termin białogłowa oznacza) – już za ZŁOTÓWKĘ. Krnąbrnego małżonka, lub żonę – sekutnicę, można zakuć w dyby. Ci, których małżonkom nie pomogą nawet dyby, poprawią sobie nastrój smakiem „średniowiecznej Perły”, nie zważając, że zaczęto ją ważyć w 1846. Wieczorem, po koncercie finałowym bal… albo dyskoteka (w zależności od daty urodzenia uczestnika). Panie w kreacjach wieczorowych (z dekoltami do kolan) i kwiatami we włosach nucą swoim wyfraczonym partnerom hity z cyklu „Przetańczyć całą noc naprawdę mogłabym”. Panowie udają, że wierzą w niezmordowanie swoich dam i… wszystko gra – również muzyka z magnetofonu. Następnego dnia rano, machając odjeżdżającym, „Szczygiełki” śpiewają na pożegnanie „Bywajtie zdarowy, żywitie bahato”…..

Do kolejnego jubileuszu.

Fragment pochodzi z książki „Pięciolinia życia” Małgorzaty Mokrzysz